12 stycznia 2021

W cyklu Rozmowy o kinie przy winie z Agnieszką Grochowską rozmawia Kinga Burzyńska.

Kinga Burzyńska: Czy Ty także uważasz, że kino i wino mają wiele wspólnego? Przecież każdy dobry film świetnie ogląda się przy lampce wina…
Agnieszka Grochowska: Myślałam, że każdy dobry film dobrze oblewa się tym winem… Ale to dlatego, że wyobraziłam sobie premierę kinową…

K.B.: Za tymi premierami wszyscy tęsknimy!
A.G.: Pewnie właśnie dlatego. Nie jestem typem szalejącym na bankietach, ale po tylu miesiącach bez żadnych szaleństw nawet ja zatęskniłam…

K.B.: Na szczęście Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Zurichu, na którym pokazywany był Twój film „Wanda, mein Wunder” jeszcze normalnie się odbył…
A.G.: Owszem. Nawet nie został przełożony. Odbył się z zachowaniem wszystkich restrykcji, co nie powinno nikogo dziwić. Było cudownie móc usiąść w kinie, z widownią, na międzynarodowej premierze filmu!

K.B.: Piliście wino?
A.G.: Szczerze mówiąc, piliśmy głównie szampana.

K.B.: Pamiętasz kiedy Ty, grzeczna dziewczyna, wypiłaś po raz pierwszy lampkę wina?
A.G.: Oczywiście. Trzeba tu przypomnieć, że urodziłam się w Sylwestra. To dzień, w którym wszyscy chodzą na bal. Moi rodzice także. Jako dziecko, między 7 a 13 rokiem życia, zawsze miałam do nich pretensje, że wychodzą gdzieś w moje urodziny. A my, z siostrą, zostawałyśmy u dziadków, którzy mieszkają na Nowolipiu. Pozwalali nam nie spać do północy. Z babcią robiłyśmy dziurkaczem do papieru confetti, a potem z dziadkiem chodziliśmy po ulicach i rzucaliśmy je wokół. A w Nowy Rok piliśmy wino!

K.B.: Agnieszko, między 7 a 13 rokiem życia??
A.G.: No, tak mi się wydaje… Może bardziej miałam 12 lat, niż 7, ale tak to pamiętam..

K.B.: Co to było za wino?
A.G.: To mogło być wino, ale mogło być także Russkoje Igristoje. Jeżeli wino, to robił je sam dziadek w gąsiorach czy baniaczkach, które stały w kuchni. Dziadek miał działkę, więc nie miał problemów z dostępem do różnych owoców. Nie pamiętam już dokładnie, ale to chyba były porzeczki i wiśnie…

K.B.: A pierwszy kontakt z poważnym winem pamiętasz?
A.G.: To było chyba po maturze. Spotkaliśmy się z kolegami z klasy, żeby świętować zdany egzamin dojrzałości. Było palenie papierosów i picie wina. To nie skończyło się bardzo tragicznie, ale pamiętam, że salwowałam się ucieczką. I wysiadając z autobusu złamałam obcas w moich pierwszych szpilkach! Tego zapomnieć nie potrafię! (śmiech)

K.B.: Ale ostatnio w Zurichu…
A.G.: No, tak! Zapomniałam, że wszystko, co powiem może być wykorzystane przeciwko mnie! (śmiech) Tak, w Zurichu wywróciłam się idąc na szpilkach. Wygląda na to, że jak się nie chodzi w butach na wysokim obcasie przez wiele miesięcy, to można zapomnieć jak to się robi…

K.B.: Wiem, że w szkole teatralnej byłaś znakomitą studentką. Widziałam Twój indeks. Miałaś piątki z góry do dołu…
A.G.: Nieprawda! Z techniki mowy było gorzej, co chyba ciągle słychać. Do tej pory nie  nauczyłam się niczego (śmiech). Nadal mówię szybko i niewyraźnie. Jak zdałam do szkoły, to miałam trzy z „dwoma”, a jak kończyłam, to chyba cztery z plusem. Ale to dlatego, że oszukiwałam (śmiech).

K.B.: Wracając do czasów szkoły teatralnej, a właściwie do życia towarzyskiego w tamtych latach: czy towarzyszyło mu wino? Czy ten szlachetny trunek pojawił się dopiero w latach premier filmowych i oficjalnych spotkań?
A.G.: Nigdy nie byłam miłośniczką alkoholi wysokoprocentowych, dlatego wino towarzyszyło mi niemal zawsze. Przypomina mi się Leszek Lichota, z którym byliśmy na roku, i którego, z grupą przyjaciół odwiedziliśmy w jego rodzinnym Wałbrzychu. To mógł być rok 2000 lub 2001. Pamiętam, że byliśmy u jego mamy, a wieczorami chodziliśmy grać w bingo do lokalu. Wtedy na pewno piliśmy wino, chyba nawet sporo… To takie wakacyjne wspomnienia. Był też „Marcinek” na Podwalu! 

K.B.: Słynny „Marcinek”, czyli lokal, do którego studenci Akademii Teatralnej chadzali dość często…
A.G.: Nie powiem, żebym była tam częstym bywalcem. Bo mnie jednak dosyć ciekawiły te studia… (śmiech)

K.B.: Czy to znaczy, że byłaś skoncentrowana na nauce?
A.G.: Byłam, ale bez przesady. Lubię ludzi, wino, śpiew… Nie powiem, żebym śpiewała, ale po winie jest zdecydowanie łatwiej tańczyć i śpiewać…

K.B.: Ale w szkole teatralnej trzeba śpiewać i tańczyć bez wina…
A.G.: …i nie dopuszczać do nóg.

K.B.: Co to znaczy?
A.G.: Ten termin ukuł wspomniany już Leszek Lichota. Na studiach, o godzinie ósmej rano mieliśmy zazwyczaj szermierkę, taniec albo technikę mowy. Nie miałam większych problemów, żeby zapamiętać kroki taneczne, ale zarówno Leszek jak i Michał Żurawski, już tego o sobie powiedzieć nie mogą. Dlatego obaj panowie na zajęciach i potem na egzaminie musieli robić tak wiele interesujących rzeczy od pasa w górę, żeby nie dopuszczać percepcji profesorów do nóg.

K.B.: A jeżeli chodzi o śpiew? Jesteś aktorką śpiewającą, czy śpiewającą tylko po winie?
A.G.: Jeszcze pod prysznicem. Tam jest świetna akustyka! Tam mi zawsze świetnie wychodzi! I w łazienkach Teatru Studio, bo jest wysoko i głos tak wspaniale sie niesie, że można uwierzyć w swój talent wokalny (śmiech). Niestety, miałam na roku bardzo dobrze śpiewające koleżanki: Magdę Kumorek, Monikę Dryl i Anetę Todorczuk, więc nawet nie starałem się z nimi konkurować. Byłam, zatem, nieśpiewająca. I tak już zostało.

K.B.: Grasz w filmach niemal w całej Europie: Niemcy, Szwecja, Norwegia…
A.G.: …Belgia, Anglia, Szwajcaria, Kazachstan…

K.B.: Jak to się stało, że zaczęłaś grać w zagranicznych produkcjach? Dzisiaj, w czasach pandemii, castingi on-line są na porządku dziennym. Ale gdy Ty zaczynałaś grać za granicą, nie były tak popularne. Jak zatem brałaś udział w zdjęciach próbnych?
A.G.:  Bardzo różnie. Czasami te zdjęcia odbywały się w Polsce. Reżyser przyjeżdżał i spotykał się z nami. Ale bardzo dużo zdjęć wysłałam także przez Internet. Zaczynałam od grania w niemieckich filmach. Te produkcje to efekt naszego wejścia do Unii Europejskiej w 2004 roku. Krótko po tym zaczęły się pojawiać dosyć licznie niemiecko - polskie scenariusze, których akcja działa się na pograniczu, trochę w Polsce a trochę w Niemczech. O, ironio! Język niemiecki, który wyniosłam ze szkoły średniej, a którego nigdy tak naprawdę nie chciałam się uczyć, okazał się podstawą mojej pracy zawodowej! Tak to się zaczęło. Potem była Norwegia i szereg różnych, śmiesznych wydarzeń jak na przykład to, że otrzymałam nagrodę dla najlepszej, norweskiej aktorki roku za „Upperdog” albo dla najlepszej belgijskiej aktorki części flamandzkiej. Śmiałam się, że trafiłam w niszę, w której łatwiej jest otrzymać nagrodę. W tych krajach nie kręci się rocznie 150 filmów, tylko ok. dziesięciu, więc łatwiej jest się pokazać i zaistnieć. W „Sanktuarium zła”, stworzonym przez szwedzkich producentów słynnego „Millennium”, zagrałam dzięki temu, że pamiętali mnie z obsypanego nagrodami, norweskiego „Upperdoga”. Rola początkowo napisana była dla Włoszki. Kiedy Szwedzi mnie zobaczyli, to doszli do wniosku, że Włoszka równie dobrze może być Polką. Przepisano scenariusz, a ja zagrałam swoją rolę.

K.B.: W tak wielu krajach grałaś! W tak wielu krajach miałaś okazje do bankietowania. I tu wracamy do wina. Kosztowałaś win szwedzkich? Masz jakiś smak, który kojarzy Ci się z czymś konkretnym? Wolisz wina białe czy czerwone…?
A.G.:  Pamiętajmy, że na końcu są Włochy, bo przecież tam grałam „Sanktuarium zła”. Rzym kocham! To jest moje miejsce na ziemi. Marzę aby kiedyś się tam przenieść. Zdjęcia do tego serialu trwały aż cztery miesiące. Graliśmy trzy miesiące w Rzymie i miesiąc w Alpach. I do tego wiemy jacy są Włosi! (śmiech) Oni wiedzą jak żyć. Są dowcipni, rozmowni, mówią że u nich jest najlepiej, bo świeci słońce, rosną najlepsze pomidory, winogrona i tam pije się wino!

K.B.: Jakie lubisz?
A.G.: Gdybym miała wybierać jeden rodzaj wina na całe życie, to zdecydowałabym się raczej na białe. Przez kilka lat, jeżdżąc na wakacje, zgłębialiśmy z przyjaciółmi wina Wysp Kanaryjskich. Pamiętam szczególnie te niezwykłe, wulkaniczne białe wina, które nie smakują nigdzie indziej poza Kanarami. Sprawdziliśmy to bardzo dokładnie, bo wysyłaliśmy sami do siebie paczki z tymi winami…

K.B: Paczki do siebie? Jak to...?
A.G.: Kupowaliśmy w sklepie kilkanaście tych win, pakowaliśmy je w kartony, szliśmy na pocztę i wysyłaliśmy do siebie, do Polski. Potem wracaliśmy z wakacji a miesiąc po nas przychodziła paczka. I to było bardzo miłe uczucie! Jakby ktoś o Tobie pomyślał. A to Ty sama o sobie pomyślałaś, ale na jedno wychodzi, bo i tak jest miło. Tylko, że te wina w styczniu lub w lutym już nie smakowały tak dobrze…

K.B: Z których wysp pochodziły te wina?
A.G.: Lanzarote i El Hierro. Najbardziej lubię białą Malvasię z doliny La Geria. Czy wiesz, że te winogrona rosną niemal na wulkanie, w zagłębieniach w ziemi? Każdy krzak osobno! To zupełnie inny obraz winnic niż ten, który znałam z Włoch.

K.B.: Często sięgasz po wino?
A.G.: Nie bardzo… Wiesz, mam słabą głowę. Więc jak wypiję jeden kieliszek, to już raczej nie ma mowy o czytaniu, czy oglądaniu w skupieniu (śmiech). Nie mogłabym pić wina jak soku.

K.B.: Czyli Włoszką nie jesteś…
A.G.: No, niestety nie… Ale aspiruję! 

K.B.: Czy jest coś, z czym wino kojarzy Ci się w sposób szczególny?
A.G.: Najbardziej to chyba z rozmową, szczerą rozmową. Kojarzy mi się bardzo dobrze z wakacjami, słońcem, bliskimi ludźmi. Z czasem, w którym można coś powiedzieć, albo kogoś posłuchać. Wino kojarzy mi się z celebrowaniem chwil pomiędzy ludźmi. Chwil szczególnych, niecodziennych, ważnych… 

K.B.: To może dlatego wina nie pijasz codziennie?
A.G.: Tak, to bardzo dobre wytłumaczenie! Tym bardziej, że potrafię doceniać codzienność. Albo może: cenię codzienność, bo dzięki niej większej wartości nabiera każde święto? Nawet takie jak lampka wina z kimś bliskim. Niech wino będzie świętem! To wszystko.

Gośćmi poprzednich spotkań pod patronatem Kocham Wino byli Anna Dereszowska, Leszek Lichota i Bartłomiej Topa - zapisy rozmów z aktorami znajdują się na stronie Centrum Wina.

Serwis ambra.com.pl korzysta z plików cookies (tzw. ciasteczka).

Więcej informacji o tym jakich cookies używamy, oraz jak nimi zarządzać, znajdziesz po kliknięciu w „więcej”. więcej